|
|
Mahabalipuram
Mahabalipuram
Było to ważne miasto portowe Pallawów, którzy sławni byli z dalekich wypraw morskich. Wykorzystując naturalne warunki geologiczne wykuto tutaj w ciągu VII i VIII wieku liczne świątynie wgłębne. Zwiedzanie najlepiej zacząć od wykutej w skale świątyni Kryszna Mandapa. Wewnątrz znajduje się relief przedstawiający Kryszne podnoszącego górę Gowardhana, by niczym parasolem osłonić nią pasterki. Jest też tam płaskorzeźba przedstawiająca rolnika dojącego krowę. Oglądając ją zaraz przyszła mi na myśl kasta naszego rikszarza z Hyderabadu, który, jak nam objaśnił, należy do kasty dojarzy krów. Wiedziałam już, że w Indiach są dopuszczalne małżeństwa tylko w obrębie kast (szczególnie na wsi) stąd też zaczęłam dopytywać się czy nie miał trudności ze znalezieniem żony w tak specjalistycznej i specyficznej kaście. Zaczął nam wyjaśniać, że to prawda niestety jest ciężko sparować się w jego kaście, bo jest mała. Ale jemu się udało, bo jego wujek (brat matki) miał córkę w jego wieku i mogli się pobrać nie naruszając struktury swojej kasty - objaśniał zadowolony. Po wysłuchaniu jego opowieści, coraz bardziej zaczynałam się zgadzać z socjologiem z Polski, który spędził wiele lat w Indiach badając tutejsze społeczeństwo. Uważał on, że w Indiach ludzie nie pobierają się z miłości. Małżeństwo jest formą kontraktu między kobietą a mężczyzną dla przekazania materiału genetycznego, czyli rozmnożeniu się. Małżeństwa pozakastowe są możliwe tylko w wielkich miastach, ale nadal są to elitarne jednostki żyjące poza zawiasem społeczeństwa. A miłość, pożądanie, no cóż, autor twierdzi, że mężczyzna tak jak gołąb zamknięty w klatce zaczyna po pewnym czasie tokować do chusteczki.
Na zewnątrz świątyni znajduje się długi na 32 metry i wysoki na 14 metrów relief przedstawiający zejście Gangesu na Ziemię wskutek błagań mędrca Bhagirathy skierowanych do Śiwy. Relief podzielony jest na dwie równe części przez pionową wnękę. Prawdopodobnie stanowił ścianę sztucznego zbiornika wodnego, z którego woda spływała przez to środkowe wgłębienie symbolizujące Ganges. Ku Gangesowi zwrócone są postacie naturalnej wielkości, miedzy innymi pokutującego Arjunę stojącego na jednej nodze. Potem warto przejść ulicą kamieniarzy, którą nazwałam tak bo znajduje się tam mnóstwo warsztatów kamieniarskich. W Indiach nie ma zwyczaju chować się z produkcją w podwórka wszystkie etapy powstawania rzeźb można zobaczyć spacerując ulicą. Jedni w wielkich paleniskach rozgrzewają żelazne dłuta, ostrzą je i schładzają. Inni używając nowoczesnych pił tarczowych nadają kształty surowym głazom. Inni z kolei z jubilerską dokładnością wystukują misterne posągi bóstw. Część rzeźb trafi do świątyń, ale niektóre można kupić. Za warsztatami kamieniarzy są schody prowadzące w górę do świątyni Mahishamardini, w której Wisznu spoczywa na zwojach węża. Akurat jak odwiedzaliśmy ją trwały pracę renowacyjne, a raczej upiększające świątynie - powstawał taras widokowy. Na górze w świątyni murarz z kielnią czekał aż jego pomocnik na dole góry namiesza mu zaprawy, dwie kobiety z miskami na głowie donosiły zaprawę. Dlaczego nie mieszali zaprawy na górze do dzisiaj nie wiem. Niedaleko za Mahabalipuram stoi pięć monolitycznych świątyń Pańća Ratha. Rath- znaczy wóz bogów. Towarzyszą im naturalnej wielkości posągi zwierząt wykute również każdy z jednego kawałka kamienia.
W początkach VIII wieku, później niż groty świątynne i świątynie monolityczne, zbudowano Świątynie Nadbrzeżna ( Jalashayana). Jest to jedna z najstarszych świątyń wznoszonych z bloków kamiennych. Świątynia Nabrzeżna ma już wykształcone wszystkie główne elementy, jakie wystąpią w wiekach późniejszych u innych świątyń, i jest pierwowzorem dla wielkich zespołów świątynnych wznoszonych lub przebudowywanych, aż do czasów współczesnych. Budowla na postać kwadratowego korpusu do którego przylegają filary, całość zaś przykrywa tarasowata piramida o kilu kondygnacjach, zwieńczona kopułą przypominającą stupę. Na teren świątynny najpierw wchodzimy przez gopurę, czyli bramę świątynną. Gopura zawsze skierowana jest na wschód. Potem wkraczamy do mandapy, czyli filarowej sali z płaskim dachem. Za nią, w niewielkiej odległości wznosi się wimana, czyli świątynia właściwa z piramidowym dachem. Rzeźby, tworzące mur okręgu świątynnego, są bardzo zniszczone z powodu erozji, ale można rozpoznać wyobrażenia Nandina, czyli byka Śiwy. Legenda głosi, że sześć świątyń podobnych do tej pochłonęło morze. Jedynie do tej świątyni są sprzedawane bilety i to po horrendalnych cenach 500 Rs. Rysiek i Jolka z Warszawy przyjeżdżają na plaże Mahabalipuram co roku i jak to oni mówią nie dali się zwariować i nie kupili biletów. "Po co wchodzić do środka jak z zewnątrz wszystko widać"- objaśnili nam. Niestety za późno spotkaliśmy ich i wybuliliśmy po 500 Rs, żeby popatrzeć na kamienie z bliska i muszę przyznać im rację, rząd Indii trochę przesadził z ceną i do tego nie ma przy obiektach przewodników. Jest za to cały tłum naciągaczy i pseudo-przewodników, ale oprócz tego co im podpowie ich wyobraźnia, że np. świątynia ma kształt słonia, a tam gdzie są ślady po paleniu lampek oliwnych, to dla nich nic innego tylko miejsce gdzie turyści gaszą papierosy. Jolka i Rysiek polecają za to rybę i owoce morza z zatoki bengalskiej, których w Warszawie nie spotkacie nawet w najlepszych restauracjach. Oni, których młodość przypadała w okresie "dzieci kwiaty" super odnaleźli się w klimatach Mahabalipuram. Tu czas stanął albo biegnie wolniej. Ulicami przechadza się barwny tłum hipisów, w sklepach można kupić odzież z lat 70, no i kwatery można wynająć u Indyjskich rodzin po bardzo przystępnych cenach.
Półtora kilometra za Mahabalipuram znajdują się Groty Tygrysie. Ogromny głaz wyrzeźbiono w kształcie niewielkiego portyku, otoczonego dzikimi, przypominającymi maski głowami jali i dwoma słoniami. Dalej przy drodze stoi kolejna dawna świątynia a obok niej rząd pionowo ustawionych kamieni. Są to pozostałości po prehinduskim kulcie przyrody. Kamienie są tak ustawione, by padały na nie promienie zachodzącego słońca. Po dzień dzisiejszy mieszkańcy okolicznych wiosek przychodzą tu o zachodzie słońca i okrążają kamienie zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Niedaleko tego miejsca znajduje się mała wioska rybacka. Mieszkańcom nie żyje się dostatnio, szczególnie w okresach kiedy fala jest tak wielka, że nie sposób wypłynąć i łowić na otwartym oceanie. Wioska stanowi swoisty żywy skansen. Dzieciaki czekają już przy zjeździe na piaszczystą ścieżkę prowadzącą do ich wioski. Zachęcają do odwiedzenia wioski, a potem odprowadzają aż pod same drzwi nauczyciela i przewodnika zarazem. Nauczycielem okazał się młody chłopak. Kilka lat temu spotkał na plaży belgijskich turystów, z którymi zaprzyjaźnił się i oni zorganizowali mu wyjazd do Europy. Tam nauczył się angielskiego i tego w jaki sposób pomóc mieszkańcom rodzimej wioski. Wrócił do Indii i uczy dzieci ze swojej wioski angielskiego. Potrafi interesująco opowiadać o zwyczajach rybaków, wykonywanych przez mieszkańców wioski pracach, o ich rozrywkach, co jedzą, gdzie śpią. W oprowadzaniu czynnie uczestniczy cała wioska. Opowiadając o wyrobie pożywnych placków z ryżu, które rybacy zabierają wypływając w morze, możemy zobaczyć jak robi się takie placki, bo kobieta właśnie zaczęła ucierać ciasto między dwoma kamieniami. Jeszcze jest nie gotowe, ale już następna biegnie aby nas poczęstować właśnie co upieczonym plackiem. Tam ktoś gra w szachy, ktoś inny rozplątuje sieci, już matka naszego przewodnika biegnie żeby pokazać nam jak się gotuje prawdziwą indyjską herbatę. Może jest tu trochę komercyjnie. Ale nie ma tu tłumów turystów i ci ludzie autentycznie tu mieszkają. Biletów do wioski skansenu nie ma, ale jeśli hojnie ich wynagrodzimy dużym tipem, pozdrowią całą naszą rodzinę aż do siódmego pokolenia włącznie.
Plaża w okolicach Mahabalipuram jest czysta, piasek żółciutki, i wielkie fale....to przecież otwarty ocean. Niesamowite wrażenie robią fale, które uderzają o brzeg z taką siłą, że potrafią przewrócić dorosłego człowieka. Wyrzucają też inne owoce morza. Wystarczy je pozbierać z brzegu. Ale zbierają je tylko okoliczni mieszkańcy, bo turyści boją się tych ruszających stworzeń. Do nadmorskich restauracji trafiają natychmiast, dzięki czemu są wyśmienite. My ludzie północy nie przepadamy za nimi, ale skusiłam się dwa razy i próbowałam. Nasz kurort nie był ekskluzywny. Był to ośrodek rządowy, a to dużo w Indiach tłumaczy. W restauracji niezbyt schludne serwetki, jedzenie mało zjadliwe, na basenie połamane parasole i jeszcze nie odnowione leżaki. Ale miał też zalety: był tani, pokoje ładne i miały okna wprost na morze, miła obsługa hotelowa. Polecam go wszystkim! Nie wiem czy jest tam tak zawsze ale nie było na plaży zbytnich tłumów... czasem tylko my byliśmy. Czas umilali nam obnośni sprzedawcy materiałów, bębenków, obrazków i muszelek. Tą plażę obsługiwała jedna rodzina Laszmi jej mąż i syn. Jak tylko zobaczyli, że coś oglądam zbiegali się wszyscy. Przy kupnie muszelki zaczęłam się nawet targować indyjskim zwyczajem. Ale w tym całym chaosie wymieniłam cenę wyższą od wywoławczej. Wówczas to i mój mąż nie wytrzymał, przerwał drzemkę i przyłączył się do ogólnego śmiech... niestety ze mnie. Nie skończyło się to źle kupiłam dwie muszelki...mam jeszcze sporo miejsca na półeczce przy wannie, a będą mi przypominały słoneczną plażę w Indiach. Panów muszę zasmucić, bo kobiety w Indiach nie chadzają po plaży w bikini, nie zdejmują nawet sari jak siadają na brzegu. Jedynie jak fala jest silniejsza i mokre sari przylepi się do ciała można zobaczyć prześwitującą bieliznę - wielkie bawełniane gacie.
|
|