INDIE: strona główna    -    Informacje praktyczne    -    Proponowane trasy    -    Ciekawe linki    -    Kontakt

Maduraj

Wreszcie docieramy do Maduraju, gdzie znajduje się osławiony kompleks Świątyń Meenakszi (Minakszi Sundareśwara). Po całonocnej podróży w pociągiem postanowiliśmy skierować się wprost do hotelu, w którym zrobiliśmy telefoniczną rezerwacje. Nie należał do najtańszych, ale wedle zapewnień właściciela głosu w słuchawce, z jego okien roztacza się panorama na Świątynie Meenakszi. Myśleliśmy, że hotel jest daleko od dworca, bo na planie miasta świątynie były usytuowane daleko od dworca. Wzięliśmy moto-riksze i pokazaliśmy adres hotelu. Rikszarz zawiózł nas za róg ulicy, skasował należność, a nam zostało tylko uśmiechać się i podziękować za najkrótszą podróż rikszą. Już nawet nie dopytywaliśmy się o widoki, najważniejsze, że była rezerwacja. Dotarliśmy wreszcie do pokoju i oczom nie wierzyliśmy, wielkie panoramiczne okno, widoki na morze dachów, jak to w całych Indiach niedokończone z wystającymi drutami zbrojeniowymi, kłęby kabli, ale za to daleko, daleko urzekające tysiącem kolorów piramidowe dachy gopur świątynnych (zdjęcie 1). Chwila odpoczynku, prysznic i już próbujemy wmieszać się w barwny tłum uliczny. Próbujemy, bo Europejczykom ciężko przemykać niezauważonym. Po pierwsze jesteśmy dużo wyżsi od przeciętnych mieszkańców południowych Indii, do tego cała ekipa poczynając od rikszarzy a kończąc na cygankach czeka na takich gości jak my, bo przecież z nas żyją. Jedno co w Indiach jest takie same jak u nas, to właśnie Cyganki. W takim samym tysiącu spódnic, z brudnym dzieckiem na ręku, tak samo wyciągają rękę o jałmużnę i tak samo nie znają żadnego, oprócz swojego dialektu, języka. Rodowici Indusi wstydzą się za tą ich żebraninę i próbują odegnać je, ale oni są jak muchy, nie do odegnania. Dajesz jednej monetę, a masz wokół siebie cały tłumek nie do odróżnienia kobiet i dzieci. Nawet straż miejska jest bezsilna, bo czym ich postraszą, że wyślą ich do Rumuni- nonsens. Jesteśmy pod wrażeniem tej zatłoczonej ulicy, mijamy sklepy, stragany owocami, riksze rowerowe, święte krowy, panią policjantkę(zdjęcie 2), restauracje "pur vegetarian"... Religia hinduska ma wiele odłamów, jedną z nich są wyznawcy, którzy nie dość, że nie jedzą mięsa, to swoje posiłki z warzyw i owoców muszą przyrządzać tylko w miejscach, gdzie nigdy nie było przyrządzane tam nic z mięsem. Ktoś by powiedział, że to trochę to niedorzeczne w kraju, który nawiedzały tyle razy klęski głodu. Ale ci co tak naprawdę w Indiach głodują to ludzie zakwalifikowani przez system kastowości do najniższych kast- czandala. Wykonują oni najbrudniejsze prace i nadal nie można im używać wody z tych samych studni. W epoce nowożytnej system kastowy zniesiony został teoretycznie przez J. Nehru, który zakazał również wszelkiej dyskryminacji. Jednakże przekreślenie za pomocą jednego ruchu pióra instytucji społecznej o wiekowej tradycji wrośniętej w obyczaje nie okazało się zadaniem łatwym.

    Docieramy wreszcie do jednej z czterech, bram świątyń. Przed wejściem na teren świątyni trzeba zostawić obuwie u "pilnowacza obuwia". Już sama brama świątynna- gopura robi wrażenie (zdjęcie (zdjęcie 3, zdjęcie 4). Cała jest pokryta wyobrażeniami bożków, pomalowanych na jaskrawe kolory, z przewagą turkusu i czerwieni. Podobno są odświeżane co 60 lat. W Świątyniach Meenaksi, budowanych stosunkowo niedawno bo w XVII wieku, gopury przewyższają rozmiarami samą świątynie.

    Już w XII i XIII wieku gapura, czyli brama świątynna nabiera coraz większego znaczenia i w XVII wieku staje się elementem dominującym. Natomiast wimany, czyli świątynie właściwe tracą na znaczeniu i wysokość ich stopniowo się zmniejsza. Zjawisko to jest wyrazem ówczesnych przekonań religijnych, zgodnie z którymi okręg świątynny już z daleka powinien przyciągać spojrzenie wiernego. W miarę posuwania się ku środkowi świątyni, aby tam oddać się kontemplacji, wierny musi pozostawić wszystkie ludzkie zmartwienia, zanim dojdzie do mrocznego pomieszczenia, gdzie zamieszkuje bóg, cichej ciemnej celi. Stąd zrodził się zwyczaj stawiania w murze świątynnego kręgu czterech gopur. Potem koncentryczne kręgi się zwiększały. Każdy krąg ma swoje cztery gopury na osi wspólnej z poprzednimi. Co dało w konsekwencji tak zagmatwany labirynt jak Świątynia Minakszi . To zwielokrotnienie okręgów było wyrazem zamożności świątyni i wzrostu ich potrzeb. Stąd najstarsza część znajduje się w środku. Ciekawe jest też to że mandapa, udekorowana jest reliefowymi przedstawieniami kół oraz stojących dęba koni, co ma sugerować wiernym, że filarowa sala to wóz procesyjny (zdjęcie 5). Mandapa w Świątyni Meenaksi jest nad wyraz wielka i udekorowana zwana jest salą tysiąca kolumn. Upiększanie świątyni malowidłami a również dobudowywanie nowych pawilonów, wykopywanie sadzawek oraz liczne przeróbki trwają do dzisiaj. Ciężko się błądzi po całym kompleksie, nie ma tu przewodników z licencją. Są za to "życzliwi" ludzie, którzy z pozoru chcą ci pomóc a tak naprawdę to zaciągają cię do pobliskiego ekskluzywnego sklepu z pamiątkami, z którego podobno roztacza się piękny widok na świątynie. Świątynia Minakszi nosi swoja nazwę od imienia jednej z form Parvati, małżonki Śiwy. Co roku w tej świątyni odbywa się "ślub" dwóch bóstw, wielka religijna uroczystość z muzyką i procesją. Do miejsca gdzie znajduje się posąg Meenaksi maja wstęp tylko wyznawcy hinduizmu. Nie pomogło nawet moje pomarańczowe ubranko upodabniające mnie do mnicha, z którego zaśmiewali się turyści z Australii, bo oni sprawili sobie T-short'y w kolorze pomarańczy i też ich nie wpuszczono do środka (zdjęcie 6, słoń za 10 Rs błogosławi innowierców). Na terenie świątyni znajdują się też inne bóstwa czczone przez przybywających wiernych. Jedne są obrzucane kulkami z ryżu i masła, do innych kapłan przylepia kawałki ciasta, które wyznawcy odrywają z bóstwa i zjadają (zdjęcie 7, zdjęcie 8). Hindusi co rano budzą swoje bóstwa, polewają je wonnościami i stopionym masłem, potem ubierają w girlandy kwiatów. Warto tu poprze bywać trochę dłużej i pokluczyć trochę po zakamarkach, a zobaczymy nie jedne zadziwiające zjawisko. Nie często ma się okazje przebywać w czynnej świątyni. Te, które zwiedzaliśmy w innych miejscach, były piękne, o dużej wartości historycznej i samotne.